KONIEC LATA 

Ona

Siedziała na ławce na krakowskich Plantach zapisując w pamiętniku obrazy, nastroje i wrażenia z ostatnich dni. Jak zwykle bardzo emocjonalnie. Lato powoli gasiło zieleń, ale słońce sączyło się jeszcze przez korony drzew, zrzucając przy tym kasztany na alejkę. Bęc, bęc, spadały turlając się po twardej nawierzchni. Kilka podniosła i położyła koło siebie na ławce. Pisała o tym, jaka jest szczęśliwa w tym mieście i jak bardzo chciałaby tu zostać do końca życia. Miała dopiero siedemnaście lat. Za kilka dni rozpoczynała studia i z wrodzoną sobie odwagą i radością patrzyła w przyszłość.

Kolejny kasztan spadł tuż przed nią i poturlał jej się pod nogi. Czyjaś ręka podniosła go z ziemi i podała jej z pytaniem – To pani, do kolekcji?

Przed nią stał chłopak, mężczyzna już prawie, wysoki, szczupły z jasnymi, prawie białymi włosami i wpatrywał się w nią bezczelnie nie przestając się przy tym uśmiechać. Przyjęła ten kasztan a po niespełna roku również i oświadczyny. Do końca lata zdążyła się już zakochać pierwszy raz w życiu, za to bez pamięci. Wtedy, tamtego dnia, długo spacerowali Plantami rozmawiając o Krakowie, o życiu, o poezji Gałczyńskiego, którego ubóstwiała, a sporo wierszy znała na pamięć. O sobie mówili niewiele. Telefonów nie było, nie było się czym wymienić, adresami nie wypadało. Pewnie sądziła, że w tym mieście może się wszystko zdarzyć, bo przecież jest zaczarowane. Pewnie sądziła, że jakoś się kiedyś spotkają. Kiedy rozpoczął się rok akademicki i wszedł do sali, świat zawirował. Nie był spóźnionym studentem. Prowadził te zajęcia. A ona była jego studentką.
ON
Jaka szkoda, że lato się już kończy - pomyślał. Jeszcze kilka ciepłych dni i znowu się zaczną jesienne szarugi. Wracając z kina postanowił nadłożyć drogi i przejść się na spacer po Plantach, zamiast wracać tramwajem do domu. Był typem sportowca, im więcej ruchu, tym lepiej. Niespokojny duch i ogromna energia ciągle gdzieś go gnały, jakby czas miał się za chwile skończyć. Tyle wciąż rzeczy było do zrobienia, tyle do poznania, do obejrzenia, do posmakowania. A życie tyle oferowało. Ot, choćby ta dziewczyna, która siedziała na ławce, zapisując coś pilnie w małym zeszyciku. Śliczna jak obrazek. Z burzą złoto – rudawych włosów, dobrze ubrana, młoda jeszcze bardzo. Skupiona na swoim zajęciu na nic nie zwracała uwagi. Stanął nieopodal, przyglądając się jej przez dłuższą chwilę. Była w niej dziwna mieszanka delikatności i zadziorności, coś co intrygowało i kazało mu przejść koło niej kilka razy, z nadzieją, że go w końcu zauważy. Był przecież typem myśliwego. Bez skutku. W końcu zdobył się na odwagę i podszedł, a leżące koło niej kasztany dały mu pomysł i odwagę. Długo potem spacerowali, rozmawiali, a on z każdą chwilą nabierał przekonania, że nigdy takiej dziewczyny nie spotkał. Oczytana, dowcipna i błyskotliwa, nie dawała się nabrać na te wszystkie chwyty, które dotąd stosował, żeby oczarować te wszystkie panny czy mężatki, w zasadzie obojętne. Ta była jakaś inna. Do tego te ogromne, zielone oczy. Język mu się plątał. Szkoda, że taka młodziutka. Pomyślał wtedy, że grzechem, byłoby zerwać ten kwiatek zbyt wcześnie. Ale nie zapomniał. Kiedy zobaczył ją na pierwszych zajęciach, już wiedział, że zostanie jego żoną.
JA
Urodziłam się dokładnie dziewięć miesięcy po ślubie Andrzeja i Aleksandry. Co do dnia. Lubię myśleć, że jestem owocem wielkiej miłości. Znalazłam po latach ten pamiętnik. Kasztanów już dawno nie było .Małżeństwo moich rodziców nie udźwignęło ciężaru zbyt mocnych osobowości. Nie udźwignęło też korowodu pań, które przewinęły się przez życie mojego ojca. Teraz wiem, że byli do siebie bardzo podobni. Oboje, sensualni intelektualiści z ogromnym apetytem na miłość. Każde ją rozumiało inaczej, więc to nie miało prawa się udać. Przyjaźnili się do końca i pewnie częściowo robili to dla mnie. A ja? Ja od każdego z nich wiele razy słyszałam, że to drugie było największą miłością ich życia…

Lipiec 2017

Joomla Template - by Joomlage.com