Nigdy bym nie uwierzył..

Chwila ICH emocji i po dziewięciu miesiącach pojawiłem się na świecie. Początkowo byłem najważniejszy. Dbano o mnie. Troszczono się o wszystko co potrzebne do mego rozwoju. Wystarczyło zapłakać w odpowiednim momencie. Wraz z dorastaniem sytuacja się zmieniała. Zmieniały się też sposoby wzajemnej komunikacji. Mijały lata. Dorastałem. Oczekiwania i potrzeby moje coraz bardziej różniły się od ICH. Kontestowałem oczekiwania. Zgłaszałem własne pomysły na życie. Szkoła średnia była przełomem. Jako zbuntowany nastolatek chodziłem wyłącznie własnymi drogami. Miałem kolegów, koleżanki i ciekawsze pomysły na spędzanie czasu niż nauka. Uczyłem się tyle, żeby z niezłymi świadectwami kończyć kolejne klasy.

Byłem lubiany. Po maturze studia. Nowe wyzwania, nowi znajomi. Ponowne budowanie wizerunku. Nauka, zabawy, rajdy. Czas mijał szybko. W połowie studiów wpadka i powtarzanie roku. Nowe koleżanki i koledzy. Aktywność 
w organizacjach studenckich. Byłem doceniany. Nawet przypadłość kategoryczności sądów i ekstrawagancji poglądów, która ulęgła mi się nie wiadomo skąd, nie psuła mego wizerunku. Koniec studiów. Praca jedna, druga, kolejne. Wszędzie byłem zauważany, ceniony i lubiany albo nie. Normalnie jak to w życiu. W międzyczasie rodzina. Żona, dzieci, ich dorastanie, nauka w końcu praca. Czułem się potrzebny, ważny. Emerytura. Pojawił się wnuk, a po nim wnuczka. Potrzebność powróciła wraz z radościami. I niech tak trwa.
Jedna pojawiła się tylko zadra w tej życiowej szczęśliwości. Odkryłem niedawno, że mnie nie ma. Że jestem jak powietrze, albo takie coś od czego odwraca się wzrok. Nigdy bym w to nie uwierzył gdybym nie przeżył i to wielokrotnie.
Dla Kanarów w komunikacji miejskiej nie istnieję. Ot co!

Antoni Niedziałkowski

Joomla Template - by Joomlage.com