praca1

Dwóch ich miałem

Dwóch ich miałem. Dwóch na jednego rozpoczynającego pracę, świeżo upieczonego, magistra. Dwóch różnych wiekiem, doświadczeniem, kulturą i stylem kierowania zespołem.
Pierwszym był profesor. Urodzony na kresach wschodnich, absolwent Politechniki Lwowskiej, specjalista z zakresu surowców i technologii materiałów ceramicznych. Był kierownikiem Katedry. Poznałem go już podczas studiów uczęszczając na prowadzone przez niego wykłady oraz wycieczki technologiczne. Te wycieczki to było coś wspaniałego. Wyjeżdżaliśmy na cały tydzień w objazd po Polsce i odwiedzaliśmy różne zakłady produkcyjne poznając praktycznie technologię, maszyny i urządzenia. „Dziadek", bo tak go nazywaliśmy, był w branży wśród pracowników przemysłu powszechnie znany i lubiany. Przyjazd z nim lub z jego rekomendacji do zakładu gwarantował serdeczne przyjęcie, smaczny poczęstunek i dużą dawkę wiedzy praktycznej. Przy okazji poznawaliśmy ludzi z przemysłu, podróżujących z nami asystentów i siebie.


Już wtedy Profesor był dla mnie autorytetem, a gdy zostałem asystentem tym bardziej. Był człowiekiem ogromnej wiedzy, otwartym na dyskusję i sprawiedliwym. Dla każdego miał dobre słowo, a gdy pytał, słuchał odpowiedzi i zapamiętywał. Często dawał tego dowód pytając swego rozmówcę po kilku tygodniach jaki był finał sprawy o której rozmawiali. Gdy przychodził do Katedry rano miał zwyczaj odwiedzać wszystkich pracowników. Zawsze zaczynał od warsztatu laborantów, a następnie po kolei pozostałe pokoje. Każdego pytał o rodzinę, pracę, sukcesy i problemy. Czasem doradził, czasem pomógł. Robił to w sposób delikatny, naturalny. Nie tolerował lenistwa, niedotrzymywania terminów i danego słowa. Jeśli był problem z dotrzymaniem zobowiązania można było negocjować, ale przed terminem. Tłumaczeń nie przyjmował, mówił tylko ze smutkiem „Panie kolego, sprawił mi Pan dużą przykrość, zawiodłem się bardzo". By tego nie usłyszeć wykonywało się polecenia Profesora jak najlepiej i w terminie. Nauczył mnie wiele o relacjach między ludźmi, budowaniu autorytetu i zarządzaniu zespołem.
Drugim był „docent marcowy" absolwent Wydziału Metalurgicznego AGH. To on zaproponował mi pracę w Katedrze, która niedługo w ramach porządków po przemianach politycznych 1971 roku została przemianowana na Zakład. Docent był zupełnym przeciwieństwem Profesora. Wiedzę zapewne jakąś miał. Na pewno wiedział gdzie jest Pani docent i w sprawach merytorycznych szukał jej wsparcia. Decyzje podejmował szybko i bezdyskusyjnie. Lubił zebrania i publiczne rozliczanie pracowników, zwłaszcza tych, którzy aktualnie czymś mu się narazili. Aktywnie działał w Partii pełniąc z jej namaszczenia coraz wyższe funkcje na uczelni i w strukturach centralnych. Był dla pracowników ogólnie niedostępny, chyba że sam czegoś potrzebował. Moim pierwszym i jakże kształcącym doświadczeniem było zlecenie które dostałem zaraz po rozpoczęciu pracy. Miałem przygotować zestawienie wyników badań z komentarzem. Sprawa była pilna. Panie Magistrze proszę przygotować mi to na jutro rano, usłyszałem i zostałem o 18 wieczorem z plikiem zupełnie mi nieznanych papierów. Szlag trafił zaplanowany wcześniej wieczór. Siedziałem do rana. Wychodząc o 4 do domu położyłem opracowanie Docentowi na biurku. Nie powiem żebym spodziewał się pochwały, ale jakiejś reakcji na pewno. No i doczekałem się. Któregoś dnia Docent zapytał mnie co ze zleconym mi opracowaniem. Na informację, że leży na jego biurku od dwóch tygodni, powiedział - a to dobrze, to dobrze panie kolego. To była jedna z pierwszych lekcji. Po niej przy następnych pilnych zleceniach Docenta zawsze kalkulowałem co jest dla mnie lepsze. Czy zarwanie nocy i rezygnacja z własnych planów, czy jego niezadowolenie. Zwykle wybierałem ewentualne niezadowolenie i zwykle z dobrym dla mnie skutkiem.

Joomla Template - by Joomlage.com