Magia?

   Nie lubię słowa „magia”. Ani jego znaczenia. Ono jest dla leniwych. Nie potrafisz opisać letniego schyłku dnia, który wzrusza różową mgiełką powietrza i delikatnym szmerem liści, więc mówisz: magiczny wieczór. Przecież można powiedzieć – czarowny, uroczy, miły wieczór. Albo jeszcze inaczej.
Pamiętacie te biedne kobiety wieków dawno minionych, które posądzane o magię ginęły na stosach albo powieszone, bo tak chcieli ich panowie. A one najzwyczajniej umiały wyczarować z ziół właściwe leki, w czasach, gdy nie tak łatwo było o powrót do zdrowia.
Kultura pop przyswoiła sobie ten rzeczownik jak żaden inny. Słucham czasem dla żartów disco-polo i roi się tam od „magicznych uczuć” i „magicznych zachodów słońca”.

Podobnie w filmach amerykańskich Netflixa: mamy tam „magiczną kobietę”, która radzi sobie z niejednym potworem.
Dziś w Polsce, wg obliczeń specjalistów, 14 milionów rodaków jest gotowych korzystać z magii, a więc z usług wróżki, szeptuchy, numerologa. I to w czasach sukcesów nauki oraz takiego poziomu cywilizacji, jaki nie śnił się przodkom. Te wróżki to już prawdziwy rynek. Możesz zamówić i zapłacić za urok – rzucany na drugą nielubianą osobę – który nazywa się „Urok Samotnego Drzewa”. Tak, możesz to zrobić, bo przecież wiara i zło czynią cuda.
Swoją drogą, gdybym poddała się magii, wbrew sobie – to nie jeden polityk mógłby poczuć się /gdyby o tym wiedział/ zagrożony. Ech…

Barbara Ziembicka

Joomla Template - by Joomlage.com