kam przybylown
Kazimierz Dolny nad Wisłą

Refleksy pamięci, maj i lipiec 2017
Pobyty w Kazimierzu Dolnym Nad Wisłą były zazwyczaj krótkie. Program: Góra Trzech Krzyży, Zamek, Wieża, Fara Kazimierska, pw. św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja Apostoła, Kościół św. Anny, kościół Reformatów. Rzut oka na spichlerze w trakcie wjazdów czy wyjazdów. Rynek ze studnią, renesansowe kamieniczki, Muzeum Nadwiślańskie. Na rynku jak zwykle ruch. Wycieczki, zespoły ludowe. Można było siedzieć godzinami słuchać orkiestr i grajków ulicznych . Na straganach moc kogutów, drożdżowe, piernikowe, z cukru w kolorach tęczy. Włóczęga po licznych galeriach, sycenie się obrazami wypełniającymi całe przestrzenie ścian.

Od czasu do czasu dający wytchnienie kilku kilometrowy spacer wzdłuż Wisły urozmaicony żeglugą rzeczną. I oczywiście rynek solny z bogactwem kramów i towarów. Do studni nieodmiennie wrzucałam grosze mając nadzieję na powroty. Działało.

Kilka lat temu
Rzuciłam się na stoisko ze starociami. Obrazy, zegary, lampy i porcelana. Wszystko mniej lub bardziej wiekowe ale wysmakowane. talerzyknWabiły wzrok trzy małe talerzyki porcelanowe. Mam dobrą pamięć, wzbogacą posiadaną kolekcję - są identyczne jak dwa będące już w moim posiadaniu przekonywałam siebie samą. Muszę je mieć. Zachwycali grajkowie w orientalnych turbanach z fletem i mandoliną. Wzięłam dwa małe trzeci był wyszczerbiony. Cieszyłam się jak dziecko. A po przyjeździe okazało się że są z różnych kolekcji , mają inny wymiar i wykończenie choć wyszły z tej samej fabryki. Wcześniej nabyte ilustrowały opowieści z 1000 i jednej nocy. talerzykinStoją tak w oddaleniu od siebie na bibliotece ciesząc oczy intensywnością barw stroju Alladyna. Przypominają atmosferę Kazimierza , moje zauroczenie i „ niezawodną pamięć ‘‘. A obok cichy człowiek karmił gołębie.
Ewa zaciągnęła nas do znanego w Kazimierzu malarza Wojciecha Siemińskiego . Wspinałyśmy się z mozołem na strych drewnianego domku po bystrych schodach ledwo mieszcząc się na zakręcie. Trzymaj się poręczy napominaliśmy się nawzajem. Pracownia w skosie , duża, dobre światło . Czyżby to był karmiciel gołębi. Wypatrzyłam maleńki obraz w przygaszonych kolorach niebieski, żółty, stroje jak wielokolorowe plamy . Nazwałam go „exodus jesienny„ choć nie miał tytułu. Wisi nad moim biurkiem. Dokąd wędrują wśród bezlistnych drzew , pytałam mimowolnie . Życie - wędrówka . A może to pożegnanie . Drugi wpasował się w mój nastrój . Barwny pejzaż z panoramą Kazimierza. Pani..., - jest nie skończony - powiedział zrezygnowanym cichym głosem. Kręcił głową na nie. Uparłam się. Chciałam mieć ten „ kazimierski Kazimierz". Że nieskończony, nieistotne, domaluję sobie z wrażeń wyrytych w pamięci . I sięgać do nich . Góra Trzech Krzyży , Fara pod wezwaniem św. św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja , kamieniczki wokół Rynku. Dachy czerwieniły się w letnim słońcu. Te najbliższe prawie płonęły jak maki w rozkwicie na tle zieleni. Skończę go następnym razem jak pani przyjedzie powiedział na odchodnym. Miałam taką nadzieję. Na obrazie Wisła. Wywoływała skojarzenie z przeprawą promem na drugi brzeg rzeki. Mocno w pamięć wryła się ta przeprawa . Z jednej strony Wisły ruiny gotyckiego zamku w Kazimierzu z drugiej ruina zamku w Janowcu. Przygnębiały . Przywoływały pamięć o bezsilności i upadku Rzeczpospolitej i wandalizmie wojsk szwedzkich. Jak szybko można zaprzepaścić dorobek wielu pokoleń , grabież, lont, ładunek , płomień. Szliśmy do ruin . Nie sposobiły do radości. Rozpinały się coraz wyraźniej bezwładne skrzydła zranionego śmiertelnie ptaka pozbawionego głowy i pozostałych członków ciała . Ceglane pasy elewacji wyglądały jak plamy krwi. Historia przywoływała pamięć wspaniałej rezydencji wypełnionej bogatym wyposażeniem z różnych epok kolekcjonowanym wiekami . SiminskiTu zaprzepaszczone na zawsze ale może jeszcze na wystawie w Uppsali wzbudzają do dziś podziw. Czy pamięć o wielkości , przemijaniu , upadku i wzlotach mogła podnieść na duchu . Nie da się postawić znaku równości pomiędzy ruinami zafundowanymi przez najeźdźcę który przyniósł ziemiom Rzeczpospolitej śmierć , pożogę, zniszczenie , zniewolenie a okazałymi zamkami czy pałacami jakimi mogą poszczycić się inne narody . Historia dopada nas niespodziewanie zmuszając do zaglądnięcia w przeszłość. Zapach łąk, traw, zbóż , mieszanie się kolorytu maków, bławatów , rumianu i kąkoli w palącym słońcu przynosił ukojenie. W pobliżu Janowieckiego zamku zjazd kilkuset motocyklistów . Rozłożeni ze swoimi motocyklami na trawie w cieniu drzew dominowali nad przestrzenią. Radość, młodość optymizm. Irracjonalna myśl. Przejechać się choć kilka km, poczuć pęd wiatru. Pamięć przywoływała natrętne myśli. Wśród nich zwierzenia motocyklisty , emocje jakie przeżywa kiedy odpala motor . Wolność, wolność, szczęście. To było kilka miesięcy temu. Słuchałam jego zwierzeń przy głośnej muzyce, mimochodem , na imieninach Wacka , ale zapadły gdzieś w pamięć. Oferował się, że mnie przewiezie. Zapomniałam. Nie, nie zapomniałam. Kiedy zobaczyłam potęgę drzemiącą w bestiach wypatrywałam wzrokiem Wacka i „Jego" nie pamiętając nawet imienia. Na próżno. Nie zaznam wiatru we włosach.

Wczoraj w południe byłam w domu malarza Wojciecha Simińskiego. Interesował mnie obraz o tematyce macierzyńskiej który chciałam u niego zamówić. Wzrusza mnie widok maleństw w ramionach matki. Furtka dawniej otwarta dziś zamknięta. Przedstawiłam się. Ponad rok temu odszedł powiedziała żona. W następnym roku zorganizuję mu wystawę. Proszę sfotografować swoje i koleżanki obrazy i przesłać na mój adres. Odszedł, odszedł…. . Więc już nie zobaczę ani jego ani jego prac w pracowni. Nie pochyli się nad gołębiami. Cichy, wsobny, jakby nie obecny. Jasne oczy , szpakowata broda zasłaniała wychudzoną twarz. To było jakby wczoraj a od tego momentu płynął czas.

Wieczorem,
przemyśleć dany czas w kawiarni Dziwisza. Przytulnie, wtulić się w miękką kanapę w miodowym świetle lamp. Grzeje ręce gorący czajniczek z białą herbatą. Tyle tu obrazów, luster i starych stylowych mebli z różnych epok. Ilu pokoleniom służyły, w ilu domach stały. Miesza się czas. Trzy, cztery, pięć lat temu tu byłam. Na kolana wdrapuje się bezceremonialnie rudy kot . Godzę się na to z rezygnacją. Może mieć ze dwa lata. Nie znam go, nie zapraszałam. Nie pogłaszczę nawet jego sierści. Patrzy , jakby rozumiał moje myśli.

Rano nazajutrz
krążę po Rynku – który zamienił się w plac targowy. Sprzedają jajka, kury, mleko, masło, śmietana, jarzyny, miód. Chciałoby się spróbować. Moc sadzonek i kwiatów do rozsady. Zapach codzienności. Brakuje tylko piejących kogutów. Byłaby to kolejna atrakcja miasta. Jeżeli przed rezydencjami wiejskimi i miejskimi biegają pawie i kurki zielononóżki to czemu nie miałoby być w centrum miasta żywych kogutów. Czy przeszkadzałyby swoim pianiem. Zwyczajne życie mieszkańców toczy się przed paradnymi kamienicami braci Przybyłów. Tylko dwie zostały z dawnej renesansowej zabudowy rynku. kuncewiczowkanPodziwiam bogate frontony elewacji. Postacie świętych patronów imienników właścicieli wyraźnie zaznaczone. Św. Mikołaj dyskretnie komponuje się z bogactwem pozostałych rzeźb. Św. Krzysztof dominuje w swoim paradnym stroju w fryzach, portalach, gzymsach. Wypiętrzone wysoko attyki przywołują pamięć renesansowej architektury Italii w której attyka była znakiem rozpoznawczym. Wrósł w naszą pamięć i emocje ten renesans tak głęboko zakorzeniony w Jagiellońskiej Rzeczpospolitej . Tęsknota ? Plac Solny jeszcze pusty. Zobaczyć „Kuncewiczówkę”. Jak dotrzeć najszybciej pytam godnie wyglądającego, na czarno ubranego mężczyznę w średnim wieku, w popielatej czapce karakułowej i teczką dokumentów pod pachą. Kozak, kozak przemknęła myśl. „Ja kozak" odpowiedział dumnie . Niech pani pyta tam w informacji . No cóż kozacy niekoniecznie muszą wiedzieć i informować o willi małżeństwa Kuncewiczów. Świeżość przyrody , chłód, wąwozu, rosa, cienie i blaski na przemian malują stoki wąwozu. Muzeum zamknięte. Obchodzę wokół dom. Błysk słońca rozjaśnił czarne bele ścian. Dziś nie wezmę do rąk „Cudzoziemki”.                  fot. Dom rodziny Kuncewiczów, tzw. "Kuncewiczówka"

Muzeum Nadwiślańskie
W najpiękniejszej z kamienic kazimierzowskich „Celejowskiej" - Muzeum Nadwiślańskie. Bogato rzeźbiona fasada , portale, gzymsy, wysoka potężna attyka z niszami mieszczącymi postacie Chrystusa, Marii i Patronów miasta. W muzeum kolekcja obrazów malarzy kazimierskich i przyjezdnych którzy przebywali tu na plenerach. Ileż tych „Kazimierzy „w różnych ujęciach. To oni w okresie międzywojnia odkryli piękno urokliwie usytuowanego renesansowego miasta i okolicznych wąwozów. .
Jest też czasowa wystawa rzeźb autorstwa Sylwestra Ambroziaka „Nazywam się człowiek". W różnych pozycjach ułożone ciała dzieci. Nienarodzone, opuszczone, okaleczone. Słychać zawodzenie, jękliwy głos, płacz. Czy ktoś je usłyszy? Skomplikowana kondycja ludzka z syndromem Abla i Kaina. Problem dobra, zła, wzlotów, upadku, całej złożoności natury posplatane ze sobą . Postacie brzydkie, smutne, niepokoją. Rodzą pytania, czy jesteśmy aż tak brzydcy – cokolwiek by to znaczyło? Przychodzi odległe skojarzenie z kamiennymi posągami o długich twarzach z Wyspy Wielkanocnej. Byli, tworzyli w sposób zunifikowany , nie odróżniając się od siebie. Nie poznamy ich głosu , twarzy , wzorców estetycznych podobnie jak głosu niezliczonych , nienarodzonych, skrzywdzonych i krzywdzicieli. Każdy z nich dźwiga samotnie swoje przeznaczenie.

Kamienica Biała
Biała elewacja , wielka bogata attyka renesansowa. Ciekawa tablica „Zrewaloryzowana z miłości i dla miłości” przez p.p. Sosnowską–Baker i Edwarda Bakera po zniszczeniach ostatniej wojny Jakąż siłę ma miłość by z ruin zbudować piękno. Tu mieści się galeria pani Łazorek. Niestety dziś zamknięta. Nie oglądnę jej kwiatów , drzew, spokoju przyrody. Pozostaje więc wejść do sąsiedniej galerii. Nie zaniosę jej pozdrowień od Ewy.
Galeria „Czerwone Wino". Wesoło tu. Chciałoby się rzec: ”Tańczą kwiaty, kamienice, i chodniki i księżyce” . A koguty jak w amoku - raz się prężą , podskakują, okiem łypią i tańcują i roznoszą radość wszem, a ja tej radości chcę”. Rozdokazywał się ten Kazimierz. „Bajkowy Kazimierz".
Inscenizacja - na rowerze wielki kogut próbuje pedałować. Wpisuję się w ten festiwal kogutów. Obowiązkowo . Niech dzieci poznają słodycz największych kogutów z cukru w kolorach tęczy i lepkość słońc w kolorach lemoniady żółto-zielono -pomarańczowej. Niech starczy na kilka podejść, zlizywać, wgryzać się w sam środek i wydobyć tą słodkość, niech trwa. A dla mnie koguty - drożdżowe i piernikowe każdego po pięć. Smakują, jak zawsze. Tradycji koguciej stało się zadość.

 

Wejście do wąwozu Małachowskiego

wMalachowskiegoKazimierz

 

Góra Trzech Krzyży

GoraTrzechKrzyzy

Joomla Template - by Joomlage.com