Magia?

   Nie lubię słowa „magia”. Ani jego znaczenia. Ono jest dla leniwych. Nie potrafisz opisać letniego schyłku dnia, który wzrusza różową mgiełką powietrza i delikatnym szmerem liści, więc mówisz: magiczny wieczór. Przecież można powiedzieć – czarowny, uroczy, miły wieczór. Albo jeszcze inaczej.
Pamiętacie te biedne kobiety wieków dawno minionych, które posądzane o magię ginęły na stosach albo powieszone, bo tak chcieli ich panowie. A one najzwyczajniej umiały wyczarować z ziół właściwe leki, w czasach, gdy nie tak łatwo było o powrót do zdrowia.
Kultura pop przyswoiła sobie ten rzeczownik jak żaden inny. Słucham czasem dla żartów disco-polo i roi się tam od „magicznych uczuć” i „magicznych zachodów słońca”.

Spotkanie

- Jestem diabeł – powiedział.
- To nazwisko? – zapytała zdziwiona
- Nie, sama istota.
Jakby ją kto walnął w plecy. Czemu ja? pomyślała szybko.
- Jesteś doskonale przeciętna – mówił dalej - trochę dobra, trochę zła. Jak się żyje z takimi jak ty? Bardzo jestem ciekawy. Kanalie mnie znudziły.

Uderzyć słowem, można lub nie

Babka mówiła z namaszczeniem:
- Milczenie jest złotem.
Druga babka, chętna raczej do mówienia, śmiała się z niej i powiedziała:
- Gdyby ona puściła parę z ust, jej życie by się rozleciało.
Moja matka potrafiła celnie uderzyć słowem, ale gdy trzeba było - milczała jak grób.
Ojciec, skromny, zawsze jakbym trochę zakłopotany, wygłaszał znienacka swoje perory, z których dzieci po cichu się śmiały. ..

Jak używać mowy? Każdy rozstrzyga po swojemu. Ile w mówieniu jest interesowności, cech charakteru, typu emocjonalności?
Mowa jest ekspresją duchowości, a ta duchowość z wiekiem się zmienia. Wiem to po sobie.
Ale dziś zabrakło mi słów. Więc kończę…

Barbara Ziembicka

Języki dzieciństwa

Od razu rzucona byłam na głęboką wodę, jak tylko poszłam do przedszkola. Nie przypominam sobie, abym się bała tego miejsca, raczej na pewno byłam onieśmielona. I zdziwienie: tam inaczej mówiono! Nie tak jak w domu, językiem, którym uczyłam się od maleńkości rozróżniać domowników i przedmioty.
Przedszkolaki, raczej czując niż wiedząc, że jestem inna były zaskoczone. Ale szybko doszły do wniosku, że jestem „gorolka”. I kiedy tylko mnie nazwały, uznały, że wszystko jest w porządku. To co mnie spotykało z ich strony - dziś nazwałabym ostracyzmem, ale pozbawionym okrucieństwa.

Takie okoliczności

Bieg życia jest taki lub inny, ale często słyszymy - od mamy, taty, urzędnika, nauczyciela, księdza, policjanta rozkładających ręce: ”no, takie okoliczności, zrozum…”
No i staje mur. Bo należy liczyć się z czymś, co z pozoru jest nie do ruszenia. Albo i jest. Ruszamy do walki. Stwarzamy zapobiegliwie to nowe, poświęcając czas i siły. Bo stać nas na to, bo na tym polega nasze bycie tutaj, na niezgodzie, na zmianie. Czasami ta walka o nowe status quo - to sens życia.

Istnieją okoliczności wyjątkowe, które sprawiają, że mówiąc metaforycznie - świat spada na nasze głowy. Bo jest wojna.
Kiedy rodzice opowiadali o wojnie, tak ją sobie wyobrażało dziecko, którym byłam - obraz z hukiem zsuwa się ze ściany… Dziś nie muszę używać wyobraźni. Mam w pokoju i na ekranie obrazy tak namacalne, tak straszne…

Bezsiła i nawet zwykłego słowa brakuje.

Basia Ziembicka

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej

     Czy to jest powiedzenie pesymistyczne czy nie? Moim zdaniem jest to optymistyczne, bo skoro może być jeszcze gorzej - a nie jest – to znaczy, że tylko się cieszyć – nie upadliśmy na samo dno. Więc jednak ta szczypta optymistycznego widzenia przeważa: bo gdyby miało być gorzej, to dawno by już było.
Mówi się czasem, że pesymista to podobno dobrze poinformowany optymista i trochę to tutaj pasuje. Bo mamy się martwić, ale nie do końca? Światełko w tunelu? Tak, cieszmy się, że zawsze może być jakieś wyjście. Wielu mądrych praktyków tak właśnie uważa.
Narzuca się wniosek - raczej optymistyczny.
Tak źle jeszcze nie jest.
PS. Jeden wyjątek: polityka.

Barbara Ziembicka

Dwie decyzje

Po jej śmierci takie zamieszanie, ludzie wchodzili i wychodzili, mocny zapach kwiatów i kadzideł sprawiał, że tylko w połowie był przytomny. Ale kiedy wreszcie wszyscy nasycili się żałobą, a on obudził się rano jakby wypoczęty, to pomyślał, że nie pozwoli, aby w ten sposób to wszystko się kończyło. Nie, to ponad siły dla niego żyć samotnie i z wiecznie naburmuszoną teściową.
I zawsze praca, praca, praca.
Długo w Internecie szukał numeru, denerwował się, ale wreszcie znalazł.
Och, był spocony, kiedy wieczorem, zostawszy już sam w dużym pokoju, gdzie paliła się tylko jedna lampka, wziął do ręki telefon. To była w jego mniemaniu słuszna decyzja.
- Haaloo, czy mówię z panem…
- Tak, o co chodzi.
Wyjaśnił. Żyli krótko ze sobą. Kobieta jeszcze młoda, choroba nie zdążyła zniszczyć jej ciała i ludzie mówili, że w trumnie wygląda jak żywa. No, krótko po konsultacjach odeszła.
- A więc – wybąkał - czy nie mogłaby po prostu wrócić?

kot1Powrót kota

   Jesteśmy w lesie. Późne lato. Robi się coraz ciemniej, bierze lekki ziąb.
Warto by było schronić się w domu, zapalić światła i napić się czegoś ciepłego. Ale nie, słyszymy powtarzający się dźwięk -nieprzyjemny, przejmujący, skarżące się kocie miauczenie. Co za kot, jaki kot ? Przecież to nasz… Bo w tym lesie innych kotów nie ma.
Więc szukamy: górą, dołem, przez las, uparcie. Latarka kiepska, ale nic. Miauczenie czasami zacicha, albo zbliża się lub oddala. Drzewa, na które spoglądamy z rozpaczą, w górze są coraz ciemniejsze i tajemnicze. Ale przecież tam, tam na wierzchołkach gdzieś musi być nasz kot! Wołamy po imieniu i nic.

Trudno było, ale…

„Trudno”- zwykłe słowo, które zawiera gorycz. Wytarte. Laska, którą można się podeprzeć i częściowo przed sobą wytłumaczyć. Oznacza przede wszystkim rezygnację, ustępowanie światu. Mówimy też, że „można było ale…” I owo ale jest decydujące. Policzmy: ile było w naszym życiu różnych chwil, trudnych i nie, kiedy to ale i trudno triumfowało. Pewnie trochę.
Powiem więcej, tym słówkiem „trudno” odpędzamy od siebie bliźnich. Bywa, że nie jesteśmy skłonni do pomocy, nawet do zwykłego zrozumienia. Rozterki nad czyimś niełatwym losem to tak, jakby się przymierzało za ciasne buty.

Grzeszność

  Wzrastałam w poczuciu grzeszności. Rodzice mi wiele zapewniali, oczywiście w ramach określonych przez PRL, ale zapewnili też kontakt z religią, utrzymywany dzięki niedzielnym mszom i naukom w salce katechetycznej, gdzie po raz pierwszy zabiło mi serce, bo zakochałam się w księdzu. Pamiętam, jak bardzo byłam niespokojna przed każdą spowiedzią, ile czasu poświęcałam namysłowi nad każdym grzechem. (Czasami myślałam w skrytości, że niektóre z tych grzechów są dosyć przyjemne). I tak, nie wiedząc o tym, budziło się moje tak zwane sumienie. Właśnie w tym rozdwojeniu, wątpliwościach, we wstydzie i poczuciu winy. Odkrycie ważne: bo przecież odkrycie własnej duchowości.
Ale grzech jako fakt, przynosił nowe pojęcie - zadośćuczynienie. I z nim było kolejne zmartwienie. Grzech na pewno tracił „na wadze” jeśli towarzyszyło mu odkupienie. Trzeba odkupić grzech – mówiono. Ale za jakie pieniądze? Nie, nie za pieniądze: trzeba było ukorzyć się, zrezygnować z własnej dumy i przepraszać rodziców, koleżankę, niemiłą sąsiadkę albo nauczycielkę. Były też grzechy niewątpliwie najcięższe, które wymagały długich modlitw, klękania przed świętym obrazem, który w naszym domu przedstawiał Matkę Boską Częstochowską. Czy widziałam w swoim otoczeniu grzeszących? Raczej nie. „Chora” byłam tylko ja.

Jego skarb

Któż nie myśli o tym jednym szczęśliwym trafie zmieniającym wszystko?
„Dobra psu i mucha” mawiał wujek. A jednak, nieśmiałe marzenie tłucze się w głowach, choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali, że jest ono z gatunku śmiesznych.
Wygrana w totka? A może nagły spadek? Prawdziwe szczęście poznania kogoś? Właściwie co wchodzi w rachubę, kiedy opowiada się o skarbach? Przecież nie żadna zasługa, że się dany skarb odkryło. Owszem, podróż morska może być długa, pełna trudności, ale przecież można żeglując niechcący minąć tę jedną jedyną wyspę.
Poza skarbami o charakterze materialnym są i takie, które określić można jako zdobywanie pewnej znaczącej świadomości. Tak, to są wielkie zdobycze, otwierające na przykład - nowy rozdział w życiu.
Podam przykład.

Barbara Ziembicka

Powrót kota

Jesteśmy w lesie. Późne lato. Robi się coraz ciemniej, bierze lekki ziąb.
W takiej sytuacji warto by było schronić się w domu, zapalić światła i napić się czegoś ciepłego. Ale nie, słyszymy powtarzający się dźwięk - nieprzyjemny, przejmujący, skarżące się kocie miauczenie. Co za kot, jaki kot – przecież to nasz kot! Bo w tym lesie innych kotów nie ma.
Więc szukamy: górą, dołem, przez las, uparcie. Latarka kiepska, ale nic. Miauczenie czasami zacicha, albo zbliża się lub oddala. Drzewa, na które spoglądamy z rozpaczą, w górze są coraz ciemniejsze i tajemnicze. Ale przecież tam, tam na wierzchołkach gdzieś musi być nasz kot! Wołamy po imieniu i nic.
Zeszliśmy pół lasu i wreszcie jest. To drzewo i ten kot. Ale historia. Jakim czarem sprawić, żeby kot znów był z nami, zszedł i nie płakał? Nie znamy takiego czaru.
Całą noc nie spałam, całą noc wsłuchiwałam się, chcąc nie chcąc, w ten jego miauk nieubłagany. Skąd u zwierzątka takie siły…
W porannej szarówce pobiegłam do sąsiadki i jej chłopak wszedł na wysoki, kołyszący się od wiatru świerk. W emocji i w strachu o niego i kota patrzyłam końca operacji. I w końcu kocik smyrgnął między nogami. Spotulniały, spragniony i głodny był.
„O, wrócił kot!” – powiedziały obudzone dzieci.

Joomla Template - by Joomlage.com